Regalia

Na koronację Polskiego Króla w 2022 roku wszystkie insygnia zostaną przygotowane i będzie to dar polskiego narodu.

A teraz trochę historii...
Był rok 1795. Noc z 3 na 4 października cicha i bezksiężycowa. Dokładnie za trzy tygodnie Rzeczpospolita zniknie z mapy Europy - zostanie podpisany ostatni traktat rozbiorowy, kładący kres Jej istnieniu. Królewskim miastem Krakowem od niemal półtora roku rządzi gubernator pruski Antoni von Hoym. Tej właśnie nocy, w asyście oficerów, podjeżdża powozem na Wawel, by zrealizować swój obmyślony od dawna plan włamania się do skarbca koronnego i zabrania stamtąd najcenniejszych klejnotów polskiej monarchii.

Gubernator Von Hoym objął władzę w Krakowie po wejściu do miasta wojsk pruskich po upadku Insurekcji Kościuszkowskiej. Nie mając kim bronić miasta królów, pułkownik Ignacy Wieniawski uciekł, pozostawiając krakowską ludność oraz skarby Wawelu na pastwę Prusaków.

Jedynym strażnikiem gromadzonych od 800 lat regaliów pozostał 52-letni ksiądz Sebastian Sierakowski – ostatni kustosz skarbca, mianowany na to stanowisko 4 lata wcześniej przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W domenie Sierakowskiego pozostawały wszystkie klucze. Było ich sześć - dokładnie tyle, ile żelaznych drzwi strzegących królewskich klejnotów. Niegdyś przechowywało je sześciu senatorów Rzeczypospolitej – kasztelanowie: krakowski, wileński, poznański, sandomierski, kaliski i trocki. Feralnej nocy ksiądz Sierakowski słyszał podjeżdżający wóz. Zignorował to. Nie zaniepokoiły go również hałasy w korytarzach. Przeświadczony, że nic złego nie może się stać – bo klucze są bezpieczne w jego pieczy, położył się spać. Wszak przed Prusakami po Wawelu buszowali już Rosjanie - i nikt sie nie poważył nawet zbliżyć do skarbca. Kustosz jednak nie docenił swego przeciwnika oraz jego chciwości. Bowiem Prusacy przygotowali się do zajęć, mieli dobry plan i… najlepszego ślusarza, jakiego tylko znaleźli. Gdy ksiądz Sierakowski – już po przejęciu miasta przez Austriaków – przyszedł do skarbca i otworzył pierwsze drzwi, z przerażeniem stwierdził, że pozostałe drzwi są otwarte a skarbiec pusty.

Przy tak skomplikowanej operacji logistycznej jak kradzież regaliów obcego państwa zawsze potrzebny jest jakiś zdrajca, co to za przysłowiowe trzydzieści srebrników sprzeda informacje i zdradzi swoich. Nie inaczej było przy kradzieży wszechczasów. Przypomnijmy: Plądrowanie Krakowa zaczęło się już w czerwcu 1794 r., niemal natychmiast po zajęciu miasta przez wojska pruskie. Spustoszone zostały kościoły, państwowe urzędy i oczywiście Wawel. Gubernator Von Hoym wiedział jednak doskonale, że najcenniejsze skarby zostały starannie ukryte w wielkim zamku. Nie wiedział tylko gdzie dokładnie. Nikt nie jest w stanie opisać jego radości, gdy oto zgłosił się niejaki Zubrzycki – magazynier na Wawelu – gotów śpiewać jak w Sopocie o skarbcu. Ale nie za darmo. Zażądał posady w pruskiej administracji, wysokiej pensji, mieszkania i gwarancji od samego króla Fryderyka Wilhelma II, że to wszystko dostanie. Cena dość śmieszna – jak za zawartość wawelskiego skarbca. Gwarancje od króla Prus przyszły niezwłocznie. Zubrzycki zostaje królewskim komisarzem w Częstochowie za 180 talarów rocznie. Dostaje mieszkanie, a jego obowiązkiem jest przestrzeganie pruskiego porządku w mieście.

Von Hoym zdobywa wreszcie lokalizację skarbca. Mieści się on na parterze, w północno-wschodnim narożniku zamku, w wieży zwanej Kurzą Stopką oraz sąsiedniej Wieży Duńskiej. Dostępu do upragnionego skarbu strzeże sześcioro żelaznych drzwi uzbrojonych w potężne zamki. Drzwi skarbca po raz ostatni otwierano w kwietniu 1792 r., kiedy prowadzono inwentaryzację skarbca, połączoną z wystawą klejnotów na Wawelu. Klucze znajdowały się u kustosza. A to nie był jedyny problem. Skarby leżały zamknięte w dwóch, wielkich żelaznych skrzyniach. Mieściły się w dziewiętnastu szkatułach, a w każdej z nich było od trzech do pięciu wkładów, na których poukładane były klejnoty. Skrzynie zamykane były na podwójne zamki i siedem kłódek. Najcenniejsze precjoza – klejnoty koronacyjne polskich królów i królowych były dodatkowo chronione w osobnym pojemniku zwanym sepetem, zamykanym na trzy zamki.

Gubernator wiedział doskonale, że nie będzie łatwo. Ale od czego wszak są użyteczni idioci, których można kupić za parę groszy? Wysłannicy Von Hoyma znajdują takiegoż we Wrocławiu. To mistrz ślusarski i specjalista od zamków, niejaki pan Lang.

Decyzja o rabunku królewskiego skarbca nie mogła być podjęta na poziomie gubernatora. Musiał ją podjąć król we własnej osobie. Tymczasem między zaborcami wciąż trwały negocjacje dotyczące ostatecznej wersji traktatu rozbiorowego i podziału Polski. Jesienią 1795 roku stało się jasne, że Kraków z częścią Małopolski trafi w ręce austriackie. Prusacy mieli opuścić Kraków do 5 stycznia 1796 r. 24 września 1795 r. Antoni von Hoym otrzymał od króla zgodę na rabunek. Z oczywistym zastrzeżeniem, że wszystko ma się odbyć w największej tajemnicy.

W sobotnią noc z 3 na 4 października, Von Hoym na czele grupy kilku osób wszedł po kamiennych schodach do sali, w której znajdowały się drzwi do skarbca. Towarzyszyli mu generał Ritz, zarządca zamku margrabia Kowalski, ślusarz z Wrocławia pan Lang oraz oficerowie: kapitan von Holtzman, kapitan von Losthin i lejtnant von Freund. Zadaniem żołnierzy jest wywiezienie zrabowanych klejnotów do Prus – najpierw do Koźla na Śląsku, stamtąd do Wrocławia i dalej do Berlina.

Ślusarz Lang rozłożył narzędzia i przystąpił do forsowania zamka. Bezskutecznie. Potężne drzwi nie ustąpiły. Mijały kolejne godziny, a perspektywa niepostrzeżonego rabunku i wywiezienia skarbów z Wawelu zaczęła się oddalać coraz bardziej. Chciwi Prusacy zaczęli panikować. Zdesperowany gen. Ritz rzucił nawet pomysł, by użyć armaty do sforsowania drzwi. Jednak margrabia Kowalski przekonał nadgorliwego generała, że huk wystrzału spowoduje zawalenie się średniowiecznych stropów. W końcu ktoś wpadł na pomysł, by sprowadzić do pomocy najlepszego ślusarza z Krakowa, majstra Weissa. Już wkrótce żołnierze przywieźli go na Wawel, wyciągniętego wprost z łóżka.

Majster Weiss w milczeniu obejrzał potężne drzwi i zamki, by zawyrokować: bez kluczy się nie da! Jednak w pewnej chwili doznaje on olśnienia i wpada na pomysł, by wyjąć kamienny próg, przecisnąć się pod drzwiami i od środka otworzyć krzyżowe rygle. Po kilku godzinach żmudnego kucia udaje się zrealizować zamysł Weissa i sforsować pierwsze drzwi. Kolejne nie są już tak oporne. W końcu włamywaczom udaje się dostać do skarbca. Majster Lang z Wrocławia przepiłował zawiasy skrzyń. Wyjęte z nich szkatuły, już bez otwierania, Von Hoym i jego pomocnicy wynieśli do powozu. Gubernator zdecydował, żeby na początek przewieźć je do jego domu.

Nie wiadomo, czy ślusarz Lang otworzył szkatuły z klejnotami już w domu von Hoyma, czy dopiero we Wrocławiu, co nastąpiło 8 października. Tajemnicę jednak zachowano. Przez kolejne 3 miesiące krakowianie nie mieli pojęcia, że z Wawelu zniknęły koronacyjne klejnoty polskich królów i królowych. Nawet kustosz Sierakowski nie miał pojęcia. Dopiero 8 stycznia 1796 r., trzy dni po wkroczeniu Austriaków, nowy komendant miasta odkrył ślady włamania. Nie chcąc brać odpowiedzialności za zniszczenie skarbca, zwrócił się do krakowskiego magistratu o wydelegowanie kilku znanych obywateli jako świadków przejmowania Wawelu przez nowe władze. Wśród delegatów znalazł się Tadeusz Czacki, historyk i wybitny działacz oświatowy.

Po dotarciu na miejsce inspektorzy stwierdzili, że pierwsze drzwi do skarbca są nienaruszone. Dopiero kiedy kustosz Sierakowski otworzył je, okazało się, że nic nie jest takie, jak się z zewnątrz wydawało. Kolejne drzwi były powyłamywane, skrzynie porozbijane, w sepecie, w którym trzymano insygnia koronacyjne, przepiłowano skoble. Pozostało w nim tylko sześć dokumentów – kolejnych spisów zawartości skarbca.

Skradziono ponad 120 przedmiotów, w tym najcenniejsze: tzw. koronę Chrobrego, którą koronowała się większość władców Polski, począwszy od Władysława Łokietka. Była to szczerozłota gotycka korona składająca się z 9 segmentów zwieńczonych liliami, o wadze ok. 1,3 kg, ozdobiona ponad 300 szlachetnymi kamieniami i 80 perłami; koronę królowych – insygnium koronacyjne żon królów; koronę homagialną – insygnium królewskie do odbierania hołdów; koronę węgierską – wykonaną na wzór korony świętego Stefana, którą koronował się Stefan Batory; koronę szwedzką – prywatną koronę dynastii Wazów, ozdobioną 225 szlachetnymi kamieniami i perłami; cztery berła królewskie, pięć jabłek królewskich; dwa miecze ceremonialne – w tym Szczerbiec.

Szczególnie dotkliwą stratą była kradzież korony Chrobrego i korony królowych, używanych wyłącznie do koronacji władców. Nie była to prywatna własność monarchów, którą królowie mogli od tak sobie dysponować. To istniejące od niemal ośmiu stuleci oznaki trwałości państwa. Pruskiemu królowi i von Hoymowi nie chodziło jednak o pozbawienie Polaków ich symboli. Chodziło wyłącznie o złoto i szlachetne kamienie – motywem rabunku była wyłącznie chciwość.

Na podłodze włamywacze pozostawili dwa stare żelazne miecze, uznając je za kompletnie pozbawione wartości. Czacki rozpoznał w nich broń ofiarowaną królowi Jagielle przed bitwą pod Grunwaldem w 1410 roku. Miecze były noszone przed królem w dniu koronacji, symbolizując Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Gdyby Prusacy znali trochę lepiej historię Polski i kierowali się motywami politycznymi, pewnie kazaliby zabrać i zniszczyć je w pierwszej kolejności.

Pogłoska o rabunku krążyła po mieście, ale… niemal nikt się nią nie przejął. Cienia złudzeń nie pozostawił znawca wawelskich regaliów, krakowski historyk sztuki Michał Rożek. „To było społeczeństwo kolaboracyjne – pisał w jednej ze swoich publikacji – Jedno państwo upadło, to będzie inne. W pierwszą sylwestrową noc pod zaborami Kraków wyśmienicie się bawił. Los królewskich regaliów nikogo nie obchodził. To przyszło później, wraz w romantyczną wizją dziejów Polski”. Prawie jak kac. Tylko bardziej.

Jeszcze tylko dwie osoby widziały zrabowane klejnoty. Był to polski arystokrata Feliks Łubieński, który w 1797 r., przebywając na dworze w Berlinie z okazji objęcia tronu przez Fryderyka Wilhelma III, rozpoznał w naszyjniku królowej Luizy Pruskiej kamienie, pochodzące z polskich regaliów. Kiedy spytał o nie, królowa była wyraźnie zmieszana i nie udzieliła odpowiedzi. Nigdy więcej nie pokazała się publicznie w tej biżuterii.

Prawdopodobnie spora część kamieni szlachetnych wyjętych w polskich regaliów została użyta do wykonania biżuterii pruskich księżniczek. Jedna z nich, Ludwika - córka rzeczonej królowej Luizy, miała czwórkę dzieci, których potomkowie zostali później monarchami, m.in. Szwecji, Norwegii i Danii. Być może w skarbcach tych krajów znajduje się dziś część kamieni szlachetnych i pereł z koron polskich władców.

Drugim szczęśliwcem był brytyjski książę Sussex August Fryderyk. Pozwolono mu założyć koronę jednego z polskich królów, gdy zwiedzał berliński skarbiec. Opowiedział o tym Janowi Ursynowi Niemcewiczowi.

Już 12 lat po rabunku wawelskiego skarbca cesarz Napoleon podbił Prusy i z części ich ziem odebranych Polsce w czasie zaborów utworzył Księstwo Warszawskie. Fryderyk Wilhelm III został zobowiązany do zwrotu skradzionych z Wawelu klejnotów koronnych, które wówczas były przechowywane w Królewcu. Wreszcie upomnieli się o nie, obdarzeni refleksem szachisty, Polacy. W 1807 r. minister sprawiedliwości w rządzie Księstwa Warszawskiego Józef Kalasanty Szaniawski zażądał zwrotu regaliów od intendenta napoleońskiej armii – księcia Daru. Ten zaś polskie żądania w oczywisty sposób zignorował, zajmując się wyciśnięciem kontrybucji wojennych od Prus.

Paradoksalnie to właśnie francuskie naciski w sprawie kontrybucji przypieczętowały los polskich klejnotów koronnych. Król Fryderyk Wilhelm III postanowił je po prostu rozmontować, złoto przetopić na monety, a kamienie szlachetne i inne przedmioty sprzedać, by uwolnić się od upierdliwych nalegań Napoleona o zaległe kontrybucje. W styczniu 1809 r regalia trafiły z Królewca do Berlina, gdzie miały zostać wycenione w Instytucie Morskim. Zgodnie ze spisem wycenie poddano: „6 koron, ozdobionych częściowo szlifowanymi, częściowo nieszlifowanymi kamieniami szlachetnymi i perłami (…) częściowo bez klejnotów, berło z pokrowcem, ozdobionym u góry i u dołu barwnymi szlifowanymi kamieniami, (…) pozłacane berło bez pokrowca, 2 miecze, diamentowy pas od miecza, 2 relikwiarze, złote berło, 2 złote ciężkie łańcuchy, 2 berła i trzy jabłka metalowe”. Szósta korona nazywana moskiewską została zastawiona w 1700 roku elektorowi Prus w zamian za 300 tysięcy talarów polskiego długu zaciągniętego przez króla Jana Kazimierza na wojnę ze Szwecją. W Berlinie wartość skarbu oszacowano na 525 259 talarów. Dwa miesiące później, korony zostały odesłane do Królewca i zdemontowane. Kamienie zatrzymano do sprzedaży, złote części zostały przetopione. Wszystko odbyło się w największej tajemnicy. Po polskich regaliach nie został ślad. Z jednym, drobnym wyjątkiem.

Rok 1815 przyniósł klęskę Napoleona, a ziemie Księstwa Warszawskiego weszły w skład imperium rosyjskich carów jako Królestwo Polskie. Cztery lata po tych wydarzeniach do generała Wincentego Krasińskiego, marszałka Sejmu Królestwa, zgłosił się rosyjski arystokrata, niejaki Dymitr Łobanow-Rostowski. Oferował mu kupno średniowiecznej broni, którą – jak twierdził – był prawdziwy Szczerbiec. Skąd go miał? Łobanow twierdził, że kupił go w Moskwie od ormiańskiego handlarza. W rzeczywistości musiał nabyć go w Berlinie lub Królewcu. Arystokrata próbował ukryć pochodzenie miecza, ponieważ zgodnie z prawem powinien oddać go… carowi Aleksandrowi I. Łobanow, – notabene – carski minister sprawiedliwości, chciał po prostu zarobić. Nie wyszło. Krasiński ofertę odrzucił. Szczerbiec trafił w ręce rosyjskich kolekcjonerów, a później do Ermitażu, skąd 133 lata od pruskiego rabunku powrócił na Wawel. Kiedy zbliżała się II wojna światowa, razem z najcenniejszymi zabytkami został wywieziony na statku MS „Batory" do Kanady, gdzie szczęśliwie przetrwał wojenną zawieruchę.

Od początku roku 1829 trwały przygotowania do koronacji cara Mikołaja I Romanowa na króla Polski. Car, chcąc użyć oryginalnych polskich insygniów, zwrócił się do króla Prus o ich zwrot. W odpowiedzi dostał jednak zdawkową informację, że „nie wiadomo, co się stało z polskimi koronami”. Skromne kilka kilogramów złota i drogich kamieni tak po prostu zniknęło. Car Mikołaj średnio się przejął i użył innej korony, a ceremonia przebiegła bez zakłóceń. Tymczasem paryski dziennik „Constitutionnel” podał sensacyjną wiadomość: Polscy mnisi ubiegli rabusiów, zabrali korony – w tym koronę Chrobrego i uszli na Wołyń. Tam ukryli regalia, gdzie mają czekać na szczęśliwsze czasy i odzyskanie przez Polskę niepodległości. Taki zbieg okoliczności…

Mit o „ocalonych koronach” znakomicie wpisywał się w nadchodzącą epokę romantyzmu. W ciągu kolejnych lat co i rusz pojawiały się nowe rewelacje dotyczące rzekomych miejsc ukrycia. Wymieniano Włodzimierz Wołyński, Lubelszczyznę lub Austrię. Mało to konkretne, ale mit działał. Dopiero w 1836 roku Fryderyk Wilhelm III ostatecznie przyznał się carowi do zniszczenia klejnotów. Jednak nawet to nie zabiło legendy, która ze zdwojoną mocą powróciła w lipcu 1920 r., w apogeum wojny z bolszewikami. Opozycyjna prasa całkiem poważnie oskarżała marszałka Piłsudskiego, że odnalezioną na Wołyniu koronę Chrobrego kazał ukryć, by samemu koronować się na króla Polski. Legenda żyła także w czasach PRL-u. W 1966 roku w poszukiwaniu koron przekopano cmentarz w Witoszycach (Wielkopolska), gdzie rzekomo miały trafić z Wołynia. Szukano ich również w Miłosławiu koło Aleksandrowa Kujawskiego, w Więcławicach i Myśliborzycach pod Płockiem, pałacu w Waplewie pod Elblągiem, należącym do Sierakowskich (jedna z wersji legendy mówiła, że korony uratował kustosz wawelskiego skarbca), Piaskach Wielkich koło Krakowa oraz Kłodzku, gdzie miały zostać ukryte przez hitlerowców po ich odnalezieniu w czasie wojny.

Mianem Szkatuły Królewskiej określa się pamiątki zbierane i gromadzone pieczołowicie przez Izabelę Czartoryską. A zaczątkiem tej kolekcji były przedmioty ocalone przez wspomnianego wcześniej Tadeusza Czackiego. Ten krakowski historyk uratował to, co ocalało po pruskiej grabieży wawelskiego skarbca. Kolekcję uzupełniły przedmioty wyjęte z trumien królewskich oraz inne pamiątki po władcach polskich, podarowane Izabeli ze skarbnic rodowych Potockich, Sapiehów, Radziwiłłów czy Lubomirskich. Księżna tę swoistą namiastkę skarbca Rzeczypospolitej zamknęła w specjalnej hebanowej, bogato zdobionej skrzyni i stąd cały zbiór określany był jako Szkatuła Królewska. Z czasem kolekcja została przeniesiona do Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Tuż przed wybuchem II wojny światowej zdecydowano się na ewakuację najcenniejszych dzieł do pałacu Czartoryskich w Sieniawie i wkrótce 16 skrzyń zamurowano w piwnicy pałacowej oficyny. Kiedy 14 września 1939 r. do Sieniawy wkroczyli Niemcy, od razu odnaleźli drogę do skarbu. Najprawdopodobniej wskazał im ją miejscowy młynarz, który z niewiadomych powodów znał lokalizację kryjówki. Żołdacy z Wehrmachtu zrabowali wszystkie złote i ozdobione klejnotami przedmioty i dokończyli to, co Prusacy rozpoczęli jesienią 1795 r. W sumie z 73 obiektów po rabunku zachowało się niespełna dziesięć. Zapewne wiele z nich znajduje się w prywatnych zbiorach kolekcjonerów z całego świata.

Rzeczpospolita upadła, nie obroniła swojej państwowości, nie umiała też ustrzec własnych regaliów - symboli państwowości, trwałości istnienia i historii. Najsłabszym ogniwem okazali się jak zwykle ludzie. Słaba to pociecha, że niemal wszyscy, którzy przyczynili się do likwidacji polskich regaliów, marnie skończyli. Upadł Napoleon, upadły Prusy, upadła carska Rosja. Królowa Luiza usiłując negocjować z Napoleonem, po przegranej wojnie, została upokorzona i stała się niemal pośmiewiskiem Europy.

a